|
Czwartek, 24. Lipiec 2008 14:08 |
|
Podwozie i silnik z samochodu Warszawa, a na tym blaszana buda o właściwościach aerodynamicznych cegły. Krótka historia najpopularniejszego polskiego samochodu dostawczego w 49. rocznicę rozpoczęcia produkcji. Premiera Żuka odbyła się w 1958 roku, a rok później, dokładnie 24 lipca 1959 roku pierwsze samochody zjechały z linii produkcyjnej. Przez pierwsze osiem lat w samochodzie montowano silnik dolnozaworowy o pojemności 2,1 litra i mocy 54 koni mechanicznych. W 1966 roku silnik uległ modyfikacjom - pojemność pozostała ta sama, natomiast zawory przeniesiono do głowicy, a moc wzrosła do 70 KM. Zmniejszyło się zużycie paliwa (do 13 l/100 km), wzrosła prędkość maksymalna (do 100 km/h) oraz, przez zastosowanie większej karoserii zwiększyła się przestrzeń ładunkowa. Skrzynia biegów doczekała się też czwartego przełożenia. W latach 90. Żuk dostępny był także z silnikiem diesla.
Dzięki temu, że został skonstruowany na bazie Warszawy, Żuk kosztował niewiele i cieszył się dużą popularnością. Oczywiście zastosowanie tego samego podwozia i podzespołów miało pewne wady. Przede wszystkim ograniczona była ładowność samochodu. Przestrzeń ładunkowa, a co za tym idzie i środek ciężkości były umieszczone dość wysoko. W połączeniu z wąskim rozstawem kół, czyniło to Żuka mocno chybotliwym autem dostawczym. Usterki z Warszawy, na przykład te dotyczące przedniego zawieszenia oczywiście występowały i w Żuku.
Produkcję zakończono w 1998 roku. Do tego czasu z fabryki wyjechało 587 tysięcy aut w najróżniejszych wcieleniach i wariantach karoserii, dzięki czemu używany był przez wiele służb i instytucji. Następcą Żuka został samochód Lublin I. |
|
Czwartek, 24. Lipiec 2008 13:59 |
|
Niemieckim kierowcom już nie opłaca się tankować w Polsce - poinformowała niemiecki dziennik "Maerkische Oderzeitung".
Z powodu mocnego złotego na początku tygodnia ceny benzyny i oleju napędowego w obu krajach były prawie takie same.
Według doniesień dziennika, w środę po południu za litr benzyny premium w Słubicach trzeba było zapłacić w przeliczeniu około 1,45 euro, natomiast we Frankfurcie nad Odrą 1,50 Euro. Litr oleju napędowego w Słubicach kosztował 1,44 euro, a we Frankfurcie jedynie o 3 centy więcej.
W środę Narodowy Bank Polski podał, że średni kurs złotego do euro wyniósł 3,26:1. W kantorach na granicy płacono za euro 3,20- 3,22 złotego. Jeszcze rok temu euro kosztowało 3,80 złotego - przypomina dziennik. (źródło: onet.pl) |
|
Czwartek, 24. Lipiec 2008 08:00 |
|
Rośnie liczba motocyklistów i motorowerzystów na drogach. Rośnie również liczba wypadków z ich udziałem. Tylko wczoraj policjanci odnotowali kolejne dwa zdarzenia z udziałem motocyklistów. W pierwszym zdarzeniu motocykliście pod koła wybiegła sarna. W drugim kierowca testował możliwości motoru i stracił nad nim panowanie. Do pierwszego z nich doszło kilka minut po godzinie 19:00 na drodze między Białymstokiem, a Waliłami. 25-latek jadąc motorem wpadł na sarnę, która wbiegła na jezdnię. Potężna siła zderzenia zabiła zwierzę. Motocyklista z ogólnymi potłuczeniami ciała został przewieziony do szpitala. Dokładnie w tym samym czasie w Białymstoku inny miłośnik jednośladów testował możliwości pożyczonego kawasaki. Pędząc po trawniku pomiędzy blokami przy ul. Palmowej stracił panowanie nad pojazdem i uderzył w garaż. W rezultacie potłukł się i złamał rękę. Dodatkowo odpowie za jazdę po użyciu alkoholu. Badanie wykazało ponad 0,3 promila w jego organizmie. Niestety jak co roku w sezonie wakacyjnym w statystykach policyjnych przybywa zdarzeń z udziałem motocyklistów i motorowerzystów. W 2007 roku motocykliści byli sprawcami 30 wypadków drogowych. W tym samym okresie motorowerzyści spowodowali 19 wypadków. W ich wyniku 3 zginęło, a 28 zostało rannych. W tym roku na drogach województwa podlaskiego odnotowanych zostało 20 wypadków, których sprawcami byli zmotoryzowani miłośnicy jednośladów. W ich następstwie zginęło 5 osób a 36 zostało rannych. Podobnie jak w latach ubiegłych przyczyny tegorocznych wypadków są niezmiennie te same - nieustąpienie pierwszeństwa przejazdu, nieprawidłowe wyprzedzanie, niezachowanie bezpiecznego odstępu od poprzedzającego pojazdu. Jednak najczęstszą i zbierającą największe „tragiczne żniwo” przyczyną jest brawura i nadmierna prędkość. Jednoślady to przede wszystkim pojazdy ludzi młodych. To oni najczęściej ulegają nieodpartemu urokowi dziesiątek koni mechanicznych, mogących rozpędzić lekki pojazd do niebywałych prędkości. Niestety - jak to często widać na ulicach - wielu spośród nich zdaje się zapominać o tym, że droga publiczna to nie tor wyścigowy, a brawurowy slalom między samochodami to igranie z życiem swoim i innych współuczestników ruchu. Z roku na rok na naszych drogach przybywa coraz więcej nowoczesnych i szybkich motocykli. Nie bez znaczenia jest tu również moda na skutery. Mimo, że te maszyny, wyposażone są w coraz lepsze hamulce, zawieszenia i rozmaite zaawansowane technicznie układy to o bezpieczeństwie jazdy na nich wciąż decyduje człowiek. Najlepszą gwarancją bezpieczeństwa w tym przypadku ciągle pozostaje przestrzeganie przepisów, zachowanie trzeźwości umysłu, zdrowy rozsądek, i przewidywanie sytuacji na drodze przez kierowcę. Niestety okazuje się, że tego właśnie najbardziej brakuje wielu miłośnikom motoryzacji na dwóch kołach.
(źródło: policja.pl) |
|
Środa, 23. Lipiec 2008 07:46 |
|
Firma Harley-Davidson ogłosiła podpisanie ostatecznej umowy nabycia koncernu MV Agusta. W ramach tej umowy, Harley-Davidson nabędzie 100 proc. akcji koncernu MV Agusta za łączną sumę około 70 mln euro (109 mln dolarów), która pokryje obecny kredyt bankowy na kwotę około 45 mln euro (70 mln dolarów). Umowa przewiduje dodatkową kwotę, która ma być zapłacona Claudio Castiglioni w 2016 roku, pod warunkiem, że zostaną zrealizowane pewne cele finansowe. Koncern MV Agusta jest firmą prywatną, w której rodzina Castiglioni jest w posiadaniu 95 proc. akcji. Oczekuje się, że kupno koncernu zostanie sfinalizowane w ciągu następnych kilku tygodni, do czasu spełnienia umów warunkowych i otrzymania wszelkich pozwoleń prawnych. Harley-Davidson chce sfinansować tę transakcję głównie przez dług denominowany w euro. Koncern MV Agusta produkuje dwie rodziny motocykli: linię ekskluzywnych i prestiżowych motocykli sportowych sprzedawanych ze znakiem firmowym MV Agusta oraz linię lekkich motocykli sprzedawanych pod znakiem firmowym Cagiva.
(źródło: moto.pl) |
|
Środa, 23. Lipiec 2008 07:42 |
Problemy z dostawami ropy z Rosji do rafinerii w Czechach nie mają związku z ropociągiem Odessa - Brody. W ten sposób anonimowy przedstawiciel ukraińskiego Ministerstwa Paliw i Energetyki odpowiedział na zarzuty rosyjskiego wicepremiera Igora Sieczyna. W czasie posiedzenia rządu, Igor Sieczyn powiedział, że Rosja jest zaniepokojona ukraińskimi planami zmiany kierunku przepływu ropy w rurociągu Odessa - Brody. Kijów w najbliższym czasie chciałby go zacząć wykorzystywać zgodnie z pierwotnym założeniem: od Morza Czarnego do granicy z Unią Europejską. Wicepremier twierdzi, że właśnie z powodu przygotowań do tej zmiany, pojawiły się kłopoty w dostawach do Czech. Anonimowy rozmówca agencji RBK w ukraińskimi Ministerstwie Paliw i Energetyki twierdzi, że te dwie sprawy nie mają ze sobą nic wspólnego. Dotąd nie przeprowadzono odpowiednich prób technicznych. Poza tym, ropa ma być transportowana z Odessy do Brodów tylko w wypadku, gdy w rurociągu nie będzie innej nafty. Pod koniec zeszłego tygodnia, kwestia zmiany kierunku przesyłu ropy została odłożona, bowiem stał się on kolejnym przedmiotem sporu ukraińskiego prezydenta i premier. Julia Tymoszenko zabroniła rządowi podpisywania jakichkolwiek dokumentów dotyczących zmiany kierunku transportu ropy. Zdaniem premier, proponowane przez sekretariat prezydenta przekazanie kontroli nad rurociągiem firmie należącej do biznesmena Ihora Kołomojskiego ma charakter korupcyjny. Właściciel grupy Priwat jest jednym z najbogatszych Ukraińców i do niedawna był sponsorem działalności politycznej Julii Tymoszenko. Ostatnio jednak ich drogi się rozeszły. Problemy z dostawami do Czech pojawiły się w zeszłym tygodniu. Początkowo tłumaczono je przekierowaniem części paliwa do Turcji, gdzie można je sprzedać za wyższą cenę. (źródło: gazeta.pl) |
|
Wtorek, 22. Lipiec 2008 10:38 |
|
Kierowcy ukarani mandatami przez straże miejskie powinni sprawdzić, kto dochodzi zapłaty – miasto czy urząd skarbowy. Niektóre egzekucje są niezgodne z prawem, gdyż największe miasta powinny same ściągać swoje należności Ściąganie należności z mandatów wystawionych przez straże miejskie dokonują albo urzędy skarbowe, albo miejscy urzędnicy. To proste tylko w teorii, bo wybór organu egzekucyjnego nie jest dowolny. Niektórzy samorządowcy – choć stosowne przepisy obowiązują już od ponad dziesięciu lat – wciąż o tym zapominają. Niektóre miasta mają trudności z ustaleniem, czy to one powinny egzekwować mandaty straży miejskiej, czy kierować takie sprawy do urzędów skarbowych. Pytają więc o to Naczelny Sąd Administracyjny. W czerwcu sędziowie NSA zajmowali się sprawą Wałbrzycha (sygn. II FW 2/08), a kilka miesięcy wcześniej – Wrocławia. Do sądów trafiają też sprawy kierowców, którzy chcą umorzenia postępowania egzekucyjnego, bo zajmuje się nim zły organ. Duże miasta przegrywają przez to potem sprawy – tak było m.in. z Rudą Śląską. Sądy nie miały natomiast wątpliwości, że mandaty wystawione w Czerwionce-Leszczynach (woj. śląskie) i w Jarocinie – czyli w małych miastach – ściągną naczelnicy urzędów skarbowych. Długa lista miast Zamieszanie wynika ze skomplikowanych przepisów ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji (DzU z 2005 r. nr 229, poz. 1954 ze zm.). Co do zasady bowiem egzekucją administracyjną zajmują się naczelnicy urzędów skarbowych. Jednak art. 19 § 2 ustawy przewiduje, że właściwe organy niektórych miast są organami egzekucyjnymi uprawnionymi do stosowania wszystkich środków (oprócz egzekucji z nieruchomości), aby ściągnąć należności, które one same ustalają lub określają i pobierają. Chodzi o miasta, które w połowie lat 90. uczestniczyły w pilotażu samorządowym przed wprowadzeniem reformy administracyjnej. – Jesteśmy jako miasto zadowoleni z takiej możliwości. Sądzę, że przez to ściągalność jest lepsza, niż gdyby to miały robić urzędy skarbowe. Zajmują się tym nieudolnie i lekceważą takie sprawy, bo wyegzekwowane kwoty nie trafiają do nich – mówi proszący o anonimowość urzędnik w jednym z miast na Śląsku. Na liście miast, które same powinny egzekwować mandaty, są największe aglomeracje: Poznań, Wrocław, Kraków, Łódź. Lista nie pokrywa się jednak np. z byłymi miastami wojewódzkimi. Na liście znajdziemy Grudziądz, Gdynię, Sosnowiec, a także wiele dużych śląskich miast. Brakuje natomiast wielu byłych stolic województw: Chełma, Suwałk, Tarnobrzega, Konina, Łomży. Listę miast, które same muszą egzekwować mandaty straży miejskiej, znajdziemy w ustawie o zmianie zakresu działania niektórych miast oraz o miejskich strefach usług publicznych (DzU z 1997 r. nr 36, poz. 224 ze zm.). Również stołeczni urzędnicy nie powinni egzekwować mandatów poprzez fiskusa, ale sami. Będą nowe przepisy Na prawidłowe prowadzenie egzekucji zwraca też uwagę Ministerstwo Finansów – co kilka lat wydaje pisma wskazujące, jakie organy są uprawnione do egzekucji. Ponadto jeszcze w poprzedniej kadencji MF przygotowało projekt nowelizacji ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji. Resort planował przekazanie miastom, które znalazły się na liście, oraz Warszawie kompetencji do egzekwowania należności stanowiących ich dochód (albo wpływy ich jednostek organizacyjnych). Projekt nie trafił jednak jeszcze w tej kadencji do Sejmu. Kontrowersyjny wyrok Czasem jednak miasta z listy napotykają niespodziewane przeszkody. Taki los spotkał Rudę Śląską. Jeden ze śląskich kierowców chciał umorzenia postępowania egzekucyjnego, powołując się na art. 19 § 2 ustawy, choć to prezydent tego miasta był organem egzekucyjnym, a nie urząd skarbowy. I wygrał! – Prezydent miasta nie jest organem właściwym do określenia lub ustalenia należności pieniężnej z mandatu za wykroczenia drogowe nałożonego przez strażników miejskich. Nie jest więc też organem egzekucji takiej należności – napisał w uzasadnieniu sędzia Eugeniusz Christ. Sprawa nie jest jednak przesądzona, bo wyrok nie jest prawomocny (sygn. I SA/Gl 918/07). (źródło: Rzeczpospolita) |
|
Wtorek, 22. Lipiec 2008 07:42 |
|
Ceny ropy naftowej na giełdzie w Nowym Jorku rosną. Powodem są obawy, że sztorm zmierzający w kierunku Meksyku zamieni się w huragan oraz informacje, że Iran odmówił zaprzestania badań jądrowych, co grozi eskalacją napięcia w tym rejonie.
Istnieją obawy, że sztorm tworzący się nad Zatoką Meksykańską zamieni się w huragan. Mogłoby to spowodować opóźnienia w załadunku i transporcie ropy z Meksyku do Stanów Zjednoczonych.
Baryłka lekkiej ropy WTI na NYMEX w Nowym Jorku kosztuje w poniedziałek rano czasu europejskiego w handlu elektronicznym 130,13 USD, po wzroście o 1,25 USD, czyli 1 proc.
Na giełdzie w Londynie za baryłkę Brent w dostawach na sierpień trzeba zapłacić 131,18 USD, po wzroście o 0,8 proc. (źródło: onet.pl) |
|
Wtorek, 22. Lipiec 2008 07:40 |
To ostatni dzwonek by kupić tańszy samochód w USA. Od kwietnia będzie drożej nawet o 16 tys. - ostrzega "Polska. Dziennik Bałtycki". Wszystko za sprawą obowiązkowych tzw. badań homologacyjnych dopuszczających auta spoza Unii do użytku na naszych drogach. Ministerstwo Infrastruktury chce je wprowadzić od kwietnia.
Auta ze Stanów mogą przez to zdrożeć nawet o 16 tys. zł, bo tyle wyniesie koszt badania - ostrzega "Dziennik Bałtycki". Na badanie trzeba będzie również poczekać - można je wykonać tylko w warszawskich Przemysłowym Instytucie Motoryzacji oraz Instytucie Transportu Samochodowego. A to oznacza kolejki.
Gazeta zwraca uwagę, że wzrost importu aut z USA wydłużył okres transportu drogą morską do 6 miesięcy. To oznacza, że zamawiając auto dziś, otrzymamy je niedługo przed wejściem w życie nowych przepisów.
Boom na import aut z USA sprawił, że koncerny i krajowe salony aut znacznie obniżyły ceny. Samochodów marki Chrysler potaniały średnio o 30-50 tys., ceny obniżył też Volkswagen, Toyota czy Audi.
- Obowiązek przeprowadzenia badań homologacyjnych dla aut z USA sprawi, że z pewnością sprowadzenie samochodów klasy średniej nie będzie się już tak opłacać - mówi cytowany przez "Dziennik Bałtycki" Leszek Lerch, ekspert branży motoryzacyjnej z firmy Ernst & Young.
W przypadku samochodów luksusowych dodatkowe wydatki nie wpłyną negatywnie na import, bo nowa opłata nie jest uzależniona od wartości pojazdu. (źródło: gazeta.pl) |
|
Poniedziałek, 21. Lipiec 2008 14:36 |
19.7.Genewa (PAP/AP,BBC) - Światowa Organizacja Handlu (WTO) ogłosiła niekorzystne dla Chin orzeczenie w sprawie skargi na poziom ceł importowych na części samochodowe, jaką na ten kraj złożyły USA, Unia Europejska i Kanada. Jak podano w piątek wieczorem w Genewie, rozpatrująca sprawę trzyosobowa komisja WTO uznała, że utrzymując cła na części samochodowe w wysokości ceł na importowane samochody, Chiny zastosowały protekcjonistyczne praktyki, łamiąc zasady, do przestrzegania których zobowiązały się wstępując - w 2001 r. - do światowej organizacji.
Według obowiązującego dziś prawa chińskiego, co najmniej 60 procent komponentów chińskich samochodów musi być produkowane w kraju - w przeciwnym razie stosowane są wysokie stawki celne. Kraje skarżące wskazywały na to, iż ta dodatkowa opłata, o wartości równej cłom na import gotowych aut, przekraczała górny dozwolony poziom wysokości ceł ustalony dla Chin i naruszała zasady handlu międzynarodowego.
Genewska komisja zażądała od Chin dostosowania przepisów do obowiązujących reguł WTO.
Analitycy, cytowani przez brytyjską sieć BBC wskazują, iż sprawa chińskich ceł na części samochodowe dotknęła przede wszystkim USA, gdzie firmy motoryzacyjne, które ucierpiały już w wyniku ostrej konkurencji zagranicznej oraz spowolnienia gospodarki, stanowią ważną część amerykańskiego sektora przemysłowego.
"Szczególnie istotną sprawą okaże się odpowiedź Chin na decyzję WTO" - powiedziała po opublikowaniu orzeczenia w Genewie przedstawicielka administracji USA ds. handlowych Susan Schwab, sugerując iż problem ma o wiele szerszy zasięg, wykraczający poza sektor motoryzacji.
W zeszłym roku sprzedaż samochodów w Chinach wzrosła w porównaniu z poprzednim rokiem aż o 22 procent i wyniosła 8,8 milionów pojazdów. (źródło: gazeta.pl) |
|
Poniedziałek, 21. Lipiec 2008 07:58 |
|
Filozofia "Keep smiling" nie pozwala Amerykanom zbyt długo martwić się wysokimi cenami paliw. na jednym z portali pocieszają się nawet, że to bardzo dobrze. Dlaczego? Bo sprzyja to lepszym kierowcom.
Tłumaczenie, że droga benzyna ma pozytywy, wydaje mi się dość pokrętne. Przez wysokie ceny w Stanach nasiliły się przecież kradzieże paliwa z baku. Ale jak się dobrze wczytać to może ma to sens. Jasne, że na ceny paliw będą narzekać przede wszystkim ludzie, którzy jeździć muszą. Ale prawdziwi entuzjaści powinni znaleźć całej sytuacji co najmniej pięć plusów. Według portalu Jalopnik.com są to: 5. Mniejszy tłok Droższa benzyna oznacza mniej samochodów, lepszy transport publiczny i telekomunikację. Drogi otworzą się dla ludzi, dla których jazda nie jest koniecznością a przyjemnością. Na skrzyżowaniach nie będą tworzyć się korki, ludzie zostawią swoje paliwożerne vany i suvy w garażach. Drogi staną się przez to bezpieczniejsze. 4. Lepsze samochody Skończy się rywalizacja producentów aut w budowaniu coraz większych aut a zacznie w produkcji najbardziej efektywnych. Szybkość i sportowe osiągi będą musiały iść w parze z małym spalaniem i spełnianiem wymogów ekologii. Dzięki temu może otworzyć się kolejny rozdział w motoryzacji. 3. Lepsze drogi Tania benzyna skłaniała do jazdy - wszędzie, zawsze, po cokolwiek, ścigania się spod świateł. Droga benzyna wymusi zmianę takiego stylu jazdy a zyskają na tym też drogi - ich nawierzchnia będzie się wolniej niszczyć. Oszczędzimy więc na ich remontach a zyskamy na bezpieczeństwie. 2. Tańsze ubezpieczenia Ludzie, którzy do tej pory dojeżdżali do pracy swoimi wielkimi samochodami przesiądą się do transportu publicznego. Mniej zawalidrogów - mniej wypadków, więc ceny ubezpieczeń powinny spaść. A zaoszczędzony grosz można wydać na benzynę, olej, lepsze opony... 1. Mniej grubasów Im mniej czasu spędzi społeczeństwo w smaochodzie, tym lepiej dla niego. Wyskok na pizzę albo hamburgery nie będzie już na porządku dziennym. Ludzie będą więcej chodzić, jeździć na rowerach, spędzać więcej czasu na świeżym powietrzu. W Ameryce problem grubasów jest poważny - dzięki cenom benzyny cały naród może oszczędzić na opiece zdrowotnej. A nawet jak wsiądą do samochodu to parę kilo zrzuconego tłuszczu odbije się na mniejszym spalaniu. Co o tym sądzicie? Czy Amerykanie robią po prostu dobrą minę do złej gry, czy ceny paliw spowodują, że będziemy jej mniej marnować? (źródło: moto.pl) |
|
|
Poniedziałek, 21. Lipiec 2008 07:46 |
|
10 proc. ubiegłorocznych przychodów może stracić PKN Orlen i dystrybutorzy jego produktów za zmowę cenową. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) wszczął postępowanie antymonopolowe za wspólne ustalanie cen paliw.
PKN Orlen w wydanym oświadczeniu podkreślił, iż "mając świadomość zapisów prawa antymonopolowego, nie narzuca niezależnym przedsiębiorstwom, do jakich należą firmy prowadzące dla płockiego koncernu stacje franczyzowe, cen odsprzedaży paliw płynnych".
W stanowisku PKN Orlen wyjaśniono, że decyzja UOKiK dotyczy postępowania antymonopolowego przeciwko płockiemu koncernowi oraz dwóm firmom prowadzącym dla tej spółki franczyzowe stacje paliw w Krasnymstawie i Lechowie.
"Umowy zawarte z tymi przedsiębiorstwami zawierają zapis, iż cenę detaliczną sprzedaży ustala franczyzobiorca" - podał w swym stanowisku PKN Orlen.
Zaznaczono w nim, iż obecnie toczą się prace analityczne, aby PKN Orlen mógł zgodnie z przysługującym spółce prawem, ustosunkować się ciągu 14 dni do zarzutów sformułowanych przez UOKiK.
Prezes UOKiK Małgorzata Krasnodębska-Tomkiel podjęła postępowanie po analizie rynku paliw przeprowadzonej przez Urząd. Wątpliwości UOKiK budzą warunki, na jakich stacje benzynowe współpracują z koncernem.
UOKiK sprawdzi, czy umowy stosowane przez PKN Orlen i jej dystrybutorów - stacje paliw w Krasnymstawie i Lechowie - mają charakter antykonkurencyjny - poinformował Urząd w piątek w komunikacie.
Chodzi o zapisy przyznające PKN Orlen prawo do ustalania detalicznych cen sprzedaży silnikowych paliw płynnych stosowanych przez jego kontrahentów.
Ze źródła w PKN Orlen dziennikarz PAP dowiedział się, że umowy między płockim koncernem a firmami, do których należą stacje franczyzowe, mogą zawierać zapisy o "cenach rekomendowanych", jednak ostatecznie ceny paliwa i tak ustalają właściciele stacji.
"Praktyka cen rekomendowanych stosowana jest przez wiele firm" - dodało źródło.
Postępowanie antymonopolowe wszczęte przez UOKiK może trwać do pięciu miesięcy. To nie jedyne postępowanie prowadzone przeciwko PKN Orlen - przypomniał UOKiK. W grudniu 2006 roku prezes Urzędu nałożył na spółkę karę w wysokości 14 mln zł za nadużycie pozycji dominującej na rynku.
UOKiK wyjaśnia też, czy w trzech innych sprawach działania PKN Orlen mogą naruszać prawo antymonopolowe. (źródło: onet.pl) |
|
Czwartek, 17. Lipiec 2008 15:49 |
|
Policjanci z ruchu drogowego choszczeńskiej komendy zatrzymali wczoraj 50-letniego mieszkańca gminy Pełczyce. Pijany mężczyzna jechał samochodem. W trakcie kontroli drogowej zaproponował funkcjonariuszom 1000 zł łapówki w zamian za odstąpienie od czynności służbowych. Od razu trafił do aresztu. Wczoraj po południu patrol ruchu drogowego zwrócił uwagę na audi 80 wyjeżdżające z jednej z choszczeńskich stacji benzynowych. Mimo dobrej pogody w samochodzie włączone było tylne światło przeciwmgielne. Policjanci sprawdzili trzeźwość kierującego. 50-letni mieszkaniec gminy Pełczyce miał ponad 1,2 promila alkoholu w organizmie. Próbował uniknąć odpowiedzialności za popełnione przestępstwo i zaproponował policjantom 1000 zł łapówki. Edward R. został zatrzymany. Dziś przedstawiono mu dwa zarzuty dotyczące kierowania pojazdem w stanie nietrzeźwości i obietnicy udzielenia funkcjonariuszom korzyści majątkowej w zamian za odstąpienie od czynności służbowych. (źródło: policja.pl) |
|
Czwartek, 17. Lipiec 2008 13:51 |
Nadchodzący weekend będzie dla zespołu BMW Sauber niezwykle ważny. Jednak już teraz wiadomo, że na niemieckim torze Hockenheim w głównej roli wystąpi kierowca gospodarzy Nick Heidfield. Kubica tym razem będzie musiał pogodzić się z rolą "tego drugiego", podkreśla "Dziennik". - Zapowiada się wyjątkowo ekscytujący wyścig. Dobry wynik w Silverstone zapewnił Nickowi Heidfeldowi dodatkowe doładowanie. Nie można było napisać lepszego scenariusza przed naszym domowym Grand Prix" - mówi bardzo podekscytowany szef zespołu Mario Theissen.
Od kilku dni Theissen jasno daje do zrozumienia, że BMW zrobi wszystko, żeby w Niemczech najlepszy wynik osiągnął Heidfield, a nie Kubica. Nie ukrywa, że wyniki dotąd gorzej spisującego się od Polaka Niemca, bardzo go cieszy. - W Silverstone Nick zaliczył wyścig potwierdzający jego umiejętności. Był mocny w kwalifikacjach, szybki w trakcie wyścigu. Pokazał kilka spektakularnych manewrów wyprzedzania rywali i w trudnych warunkach doskonale kontrolował bolid. Jestem przekonany, że w drugiej części sezonu będziemy oglądać mocnego Heidfelda. A w najbliższym wyścigu oczekuję od niego równie wysokiej formy co ostatnio. - dodał na zakończenie Theissen.
A co na to polski kierowca? Wydaje się pogodzony z losem i dyplomatycznie odpowiada. - Zapowiada się bardzo specjalny weekend dla naszego teamu, a szczególnie dla BMW i wszystkich fanów tej marki. Wyścig odbywa się w Niemczech i prawdopodobnie przyjedzie wielu kibiców naszego zespołu. Moim domowym wyścigiem będzie ten następny po Hockenheim, na Węgrzech, bo tam pojawi się wielu polskich kibiców. A zatem nadchodzą nasze dwa domowe wyścigi: jeden dla BMW, drugi dla mnie.
(źródło: moto.pl) |
|
Czwartek, 17. Lipiec 2008 10:26 |
|
35 skontrolowanych autobusów, 9 zatrzymanych dowodów rejestracyjnych to efekt kontroli stołecznej drogówki przeprowadzonej na warszawskich ulicach. Policjanci z wydziału ruchu drogowego zapowiadają, że to nie koniec inspekcji i przeglądów technicznych autobusów jeżdżących po Warszawie.  Od wczesnych godzin porannych kilka policyjnych załóg rozpoczęło na warszawskich ulicach kontrole miejskich autobusów. Funkcjonariusze sprawdzali stan techniczny pojazdów, które na co dzień wożą mieszkańców Warszawy. Po dokładnym zbadaniu 35 autobusów okazało się, że 9 z nich w ogóle nie powinno opuszczać zajezdni i wyjeżdżać na ulicę. Ich stan techniczny pozostawiał wiele do życzenia. Najczęstsze usterki, to niesprawne układy kierownicze, wyciekające płyny eksploatacyjne i wadliwie działające oświetlenie. Policjanci nie ograniczyli się tylko do pojazdów. Przebadali także kierowców na zawartość alkoholu w wydychanym powietrzu. Wszyscy kierowcy byli trzeźwi. Była to już kolejna kontrola przeprowadzona przez policjantów. Funkcjonariusze z wydziału ruchu drogowego KSP będą cyklicznie sprawdzać stan techniczny autobusów. Działania takie mają na celu zapewnienie bezpieczeństwa pasażerów, którzy codziennie korzystają ze środków komunikacji miejskiej. (źródło: policja.pl) |
|
|